Paradoksy Kazimierza

Pierwszy można nazwać paradoksem założycielskim. Jeden z twórców Festiwalu Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu – nie żyjący już Włodzimierz Dębski – mówił: „stworzyłem zasady kazimierskiego Festiwalu”, a zarazem twierdził, że „Folklor, którym się tylu zachwyca, okazuje się po głębszej analizie lipą, chałą bez jakichkolwiek wartości kształcących. Co najwyżej można go jeszcze gorzej wykonać. Parę bab pojęczy sobie, popiszczy. Nikomu to nic nie da.” Nie od rzeczy będzie, jeśli dodam, że kompozytor słynął z ciętego języka i nawet swoje własne utwory gotów był czasami określać mianem „knotów” w czym okazał się chyba dość przenikliwy, bo któż o nich dzisiaj pamięta i je wykonuje?
Tak naprawdę jednak zasady festiwalu, które stanowią o jego obliczu do dzisiaj, ukształtowały się w latach 70-tych za sprawą grona jurorów – muzykologów, etnolingwistów, etnografów i można by je zawrzeć w ogólnym haśle „powrotu do źródeł”. Jak czytamy w regulaminie: „Celem festiwalu jest przegląd, ochrona i dokumentacja tradycji autentycznego repertuaru, stylu śpiewania i muzykowania ludowego.” Ta droga okazała się słuszna, wszelkiej maści stylizacje znalazły się na bocznym torze, a przez wiele następnych lat mieliśmy do czynienia z obfitością muzyki źródłowej, zarówno jeśli chodzi o repertuar (teksty i melodie) jak i styl wykonawczy. Dzięki temu ekipa programu 2 PR zgromadziła imponujące archiwum, o cenne nagrania wzbogaciły się też kolekcje prywatne, akademicy zyskali ogromny materiał dla swoich analiz i dociekań, pojawiły się nowe problemy badawcze (np. tzw. parateksty, pieśni pogrzebowe, prawo obywatelstwa zyskał sobie wielogłos z suwalskiego pogranicza etc.). Pewne rzeczy jednak w tym czasie także zaniedbano, a nawet można powiedzieć bezpowrotnie zaprzepaszczono, co dotyczy np. folkloru mniejszości narodowych...
Od II połowy lat 90-tych pojawiło się też zjawisko, które można by nazwać paradoksem archaizacji. Kandydaci do występu w Kazimierzu z bardziej lub mniej udatną pomocą instruktorów sztucznie archaizowali swój repertuar (wyłącznie na użytek Festiwalu), inteligentnie rozpoznając gusta i potrzeby jurorów. W ruch szły dawno zapomniane i zarzucone teksty oraz melodie nagrane od starszych sąsiadów (którzy do Kazimierza nigdy wcześniej ani potem nie trafili...) – celowały w tym zwłaszcza zespoły śpiewacze, korzystano z dawnych zapisów, np. O. Kolberga, akordeoniści przerzucali się szybko na harmonię trzyrzędową, perkusiści na jednostronny bębenek z brzękadłami, a saksofoniści na skrzypce itp. Na scenie kazimierskiej królowała archaika, ale taki obraz folkloru zaczął mieć coraz mniej wspólnego z rzeczywistością i w coraz mniejszym stopniu ją tworzył na nowo. Pojawia się pytanie: na ile dzisiaj mamy do czynienia, nawet w wypadku części tzw. autentycznych wykonawców, z rekonstrukcją?
To tylko jeden z niektórych problemów Festiwalu w Kazimierzu. Warto powiedzieć tu o jeszcze jednym paradoksie, paradoksie kontynuacji. Bo podczas kiedy sycili się (i słusznie) starodawnym repertuarem i wykonawstwem jego wielbiciele, w tym czasie uległa skostnieniu forma Festiwalu. Sam fakt, że w ogóle dotrwał od 1966 roku do dziś jest niewątpliwie sukcesem jego organizatorów czyli Wojewódzkiego Ośrodka Kultury w Lublinie. Ostatnie kilkanaście lat to jednak czas ogromnych zmian społeczno-kulturowych, z których dynamizmu może jeszcze nie do końca sobie zdajemy sprawę jako ich świadkowie. Z jednej strony mamy do czynienia z renesansem konsumenckiej mody na mniej lub bardziej stylizowany folklor, którego funkcją główną jest dostarczanie rozrywki. Można w pewnym uproszczeniu powiedzieć, że jest to jeden z elementów oferty agroturystycznej. Odradzają się zespoły pieśni i tańca. Dziewczyny z miasta noszą kolczyki z wycinankami łowickimi. Z drugiej zaś strony dojrzało w międzyczasie, głównie w miastach, wcale niemałe środowisko, dla którego dawna (zwłaszcza ta „archaiczna”) nuta w muzyce instrumentalnej i śpiewie oraz taniec stanowią wartość samą w sobie. Wartość artystyczną, która lokując się w ponadczasowej przestrzeni dzieł ma swój aktualny wymiar, składa się na współczesną wrażliwość i jest jednym z dzisiejszych środków ekspresji tak samo jak muzyka średniowiecza czy baroku zaadaptowane do obecnych czasów razem z całym kompletem współczesnych im kanonów, zasad, wartości. Wiejscy mistrzowie bardzo rzadko dochowują się uczniów w swojej rodzinie czy najbliższym otoczeniu, są to wyjątki od reguły (oczywiście pomijam tutaj niektóre regiony Polski, gdzie tradycje lokalnego przekazu są wciąż żywe). Nawet konkurs „Duży-Mały” w ramach Festiwalu kazimierskiego, choć bardzo pożyteczny, zdaje się jednak tę regułę potwierdzać. Większy rezonans mają inicjatywy niezależne od zinstytucjonalizowanego obiegu kultury (a trzeba pamiętać, że wyrazem tegoż jest wciąż i dziś, tak samo jak za PRLu, Festiwal w Kazimierzu). Dzięki jednej z takich inicjatyw, a dokładnie olsztyńskiemu Podróżniczemu Kolektywowi Skrzypcowemu, znakomity skrzypek Jan Gaca z Przystałowic na Radomszczyznie dochował się kilkunastu uczniów, zresztą z różnych części Polski, a nawet jednego z USA. Dlaczego młodzi ludzie są uczestnikami rozmaitych niezależnych latających warsztatów, przyjeżdżają na Tabory Domu Tańca, a nie widać ich w Kazimierzu? Czy nie dlatego, że wszystkie te niezależne działania wypływają z innego podejścia do tzw. kultury ludowej, innego paradygmatu? Jego istotą jest osobiste spotkanie z artystą, wiejskim muzykantem czy śpiewaczką, poznanie kontekstu jego sztuki oraz współuczestnictwo, innymi słowy kultura czynna. Taka droga jest inspirującym doświadczeniem, okazuje się też dobra do nauki muzyki tradycyjnej, określonego repertuaru, stylu, gry na „dawnej” harmonii trzyrzędowej, czy na zwyczajnych skrzypcach, ale techniką ludową, śpiewu białym głosem itp. – przecież tego typu możliwości nie ma w naszym systemie edukacji. Dominantą kazimierskiego festiwalu (podobnie jak wielu innych, a jest ich coraz więcej) jest zaś formuła sceniczna, konkursowa i, chcąc nie chcąc, konsumencka. Czy „flagowy” festiwal kultury tradycyjnej w Polsce może sprostać nowym czasom i nowym potrzebom, będąc ograniczony taką formułą?
Remigiusz Mazur-Hanaj, juror Festiwalu

1 komentarz:

  1. Dotykając tematu nieco z innej strony:
    -istotną wartością muzyki tradycyjnej jest możliwość uczestnictwa każdego (której nie daje na przykład muzyka "wyższa"),
    natomiast istotną cechą tradycji jest jej ewolucja.

    Muzyka w której nie można uczestniczyć (grą, śpiewem, tańcem) ma jedynie walor konsumencki. Tradycja która nie ewoluuje jest sztuczna i ma jedynie walor naukowy.

    Ale istotnie pojawia się tu zarys paradoksu, bo jeśli akceptujemy tą ewolucję to musielibyśmy dopuścić do Festiwalu również dzisiejsze kapele weselne... Niekoniecznie. Ostatecznie, wartość muzyki ludowej nie wypływa z samego faktu bycia ludową. Tak jak w każdej dziedzinie sztuki, są tu elementy wartościowe i bezwartościowe. Myślę że pan Dębski cytowany na początku powiedział coś celnego: byłoby nam (środowisku muzyki tradycyjnej) łatwiej, i byłoby nas pewnie więcej, gdybyśmy nie wstydzili się otwarcie przyznać: w muzyce ludowej jest sporo lipy, a perełki trafiają się rzadko. I tak jest nie tylko teraz, ale było zawsze, również w dziewiętnastym wieku. Po prostu - tak jest w każdym gatunku muzyki. Zachwycanie się gatunkiem jako takim, w całości, bez wartościowania, jest absurdalne.

    No, ale odszedłem od tematu. Wracając do niego, chciałbym tylko powiedzieć, że bardzo się cieszę że ta muzyka istotnie ewoluuje, staje się współczesna i mówi językiem współczesnego człowieka. Awangarda tego trendu to być może metamuzyka Filipczuka, mazurki Prusinowskiego, Maćko Korba, z Krakowa - może Południca. Konserwatywny Kazimierz jest na przeciwnym biegunie osi. A pomiędzy tymi dwoma skrajnościami - każdy znajdzie coś dla siebie.

    paweł

    OdpowiedzUsuń