A w Krakowie na ulicy piją piwko Anglicy.

I chyba zawsze ktoś pił. Bo tradycje szynkarskie ma Kraków szerokie i głębokie. Najsłynniejszy ongiś lokal (już bodaj od końca XIV wieku, a istniał jeszcze w XIX - co za ciągłość kulturowa!) mieścił się w piwnicy pod Ratuszem Miejskim i nazywany był powszechnie Indiami, do których to Indyi wchodziło się schodkami z Rynku. ("Zabawnie to było słyszeć głos skrzypców, cymbałów i basów, wychodzący spod ziemi." Ambroży Grabowski cyt. za Michałem Rożkiem "Hultaje...")
Kto wie, może więc w Indiach zdarzyła się ta historia, która choć bohaterów ma zmiennych - w pieśniach zanotowanych przez Kolberga są to rzemieślnicy, pułkownicy, kanonicy (kanonierzy), pacholicy - to toczy się wedle jednego scenariusza czy to w Łowiczu, czy w Krośniewicach, czy Bochni, czy Pilicy czy Siewierzu śpiewana. Bohaterowie "pili, pili, zapłacili, grzeczną pannę namówili". Namówili i wywieźli powozem, karetą, kolaseczką lub po prostu na koniczku. Tymczasem matka "spała, nie wiedziała gdzie córusia wędrowała." Kiedy "wstaje od kądzieli, szuka córki po pościeli" i gdy nie znajduje - w poczuciu zniewagi i gniewie woła do synów "wstańcie bracia, wyjeżdżajcie, siostrę waszą doganiajcie". Nie ma mowy o wybaczeniu i matczynych uczuciach: "A kandy ją dościgniecie, rączki, nóżki obetniecie." Doganiają braciszkowie czasem w Warszawie, ale zazwyczaj we Lwowie, gdzie Kasia już "stoi w złotogłowie" i owoc występnego związku ukazuje się ich oczom "ujrzeli ją na ryneczku, nosi synka w fartuszeczku". Kasia wbrew woli matki, ocala życie, ale za to "powiedz, powiedz, siostro nasza, gdzieś podziała szwagra Jasia? Ja bym wam to powiedziała, żebym się zdrady nie bała". Oczywiście pada sakramentalne "ty się siostro zdrady nie bój", ale już kilka chwil później "witaj, witaj szwagrze młody, napijesz się krwi jak wody. Srebro, złoto zabierajcie jeno Jasia nie rąbajcie." Honorowi bracia specjalnie nie są, działają szybko: "Srebro, złoto zabierzemy i Jasieńka porąbiemy." Akcja przebiega zgodnie ze staropolską maksymą kupą mości panowie: jeden tnie wedle pasa, drugi wedle szyje, "ciął go trzeci pod kolana, patrzaj siostro jaka rana. ciął go czwarty wedle pięty, jużci Jasio jest zacięty".
Idą przez Rynek w kierunku Floriańskiej myślałem sobie czy dzisiaj w tej historii mógłby wystąpić Anglik Johny. Na pobliskiej scenie Festiwalu Rozstaje grali akurat together Trebunie Tuki i Twinkle Brothers (Bracia Błysk). "Moja kochanecko, cy mnie odprowadzis, kie mie bedom chcieli Zakopiany zabić?". Sytuację dodatkowo skomplikowała córka, nucąc śpiewkę , którą ułożyła była jeszcze w przedszkolu, za czasów pierwszej swojej bytności pod sukiennicami: "Hej na krakowskim rynku kręcą się górale, sprzedają kożuchy, kupują gemboje".
Weszliśmy we Floriańską i szukając Galerii Zderzak, przystanąłem zadziwiony pod bramą numer 9.

Czy to w tym miejscu nie grywał czasem krakowski quasimodo z wiersza Małgorzaty Skałbani?
"...
czy ktoś sobie przypomina
może na Floriańskiej mijał
krakowskiego Quasimodo
był
nie ma.

Nie dzwony z Notre Dame
lecz skrzypce
ocaliły mu życie
którym obficie obdzielał
Craco v i e
la vie est belle
ma chere
la vie est belle
mon cher."

Paradoksy Kazimierza

Pierwszy można nazwać paradoksem założycielskim. Jeden z twórców Festiwalu Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu – nie żyjący już Włodzimierz Dębski – mówił: „stworzyłem zasady kazimierskiego Festiwalu”, a zarazem twierdził, że „Folklor, którym się tylu zachwyca, okazuje się po głębszej analizie lipą, chałą bez jakichkolwiek wartości kształcących. Co najwyżej można go jeszcze gorzej wykonać. Parę bab pojęczy sobie, popiszczy. Nikomu to nic nie da.” Nie od rzeczy będzie, jeśli dodam, że kompozytor słynął z ciętego języka i nawet swoje własne utwory gotów był czasami określać mianem „knotów” w czym okazał się chyba dość przenikliwy, bo któż o nich dzisiaj pamięta i je wykonuje?
Tak naprawdę jednak zasady festiwalu, które stanowią o jego obliczu do dzisiaj, ukształtowały się w latach 70-tych za sprawą grona jurorów – muzykologów, etnolingwistów, etnografów i można by je zawrzeć w ogólnym haśle „powrotu do źródeł”. Jak czytamy w regulaminie: „Celem festiwalu jest przegląd, ochrona i dokumentacja tradycji autentycznego repertuaru, stylu śpiewania i muzykowania ludowego.” Ta droga okazała się słuszna, wszelkiej maści stylizacje znalazły się na bocznym torze, a przez wiele następnych lat mieliśmy do czynienia z obfitością muzyki źródłowej, zarówno jeśli chodzi o repertuar (teksty i melodie) jak i styl wykonawczy. Dzięki temu ekipa programu 2 PR zgromadziła imponujące archiwum, o cenne nagrania wzbogaciły się też kolekcje prywatne, akademicy zyskali ogromny materiał dla swoich analiz i dociekań, pojawiły się nowe problemy badawcze (np. tzw. parateksty, pieśni pogrzebowe, prawo obywatelstwa zyskał sobie wielogłos z suwalskiego pogranicza etc.). Pewne rzeczy jednak w tym czasie także zaniedbano, a nawet można powiedzieć bezpowrotnie zaprzepaszczono, co dotyczy np. folkloru mniejszości narodowych...
Od II połowy lat 90-tych pojawiło się też zjawisko, które można by nazwać paradoksem archaizacji. Kandydaci do występu w Kazimierzu z bardziej lub mniej udatną pomocą instruktorów sztucznie archaizowali swój repertuar (wyłącznie na użytek Festiwalu), inteligentnie rozpoznając gusta i potrzeby jurorów. W ruch szły dawno zapomniane i zarzucone teksty oraz melodie nagrane od starszych sąsiadów (którzy do Kazimierza nigdy wcześniej ani potem nie trafili...) – celowały w tym zwłaszcza zespoły śpiewacze, korzystano z dawnych zapisów, np. O. Kolberga, akordeoniści przerzucali się szybko na harmonię trzyrzędową, perkusiści na jednostronny bębenek z brzękadłami, a saksofoniści na skrzypce itp. Na scenie kazimierskiej królowała archaika, ale taki obraz folkloru zaczął mieć coraz mniej wspólnego z rzeczywistością i w coraz mniejszym stopniu ją tworzył na nowo. Pojawia się pytanie: na ile dzisiaj mamy do czynienia, nawet w wypadku części tzw. autentycznych wykonawców, z rekonstrukcją?
To tylko jeden z niektórych problemów Festiwalu w Kazimierzu. Warto powiedzieć tu o jeszcze jednym paradoksie, paradoksie kontynuacji. Bo podczas kiedy sycili się (i słusznie) starodawnym repertuarem i wykonawstwem jego wielbiciele, w tym czasie uległa skostnieniu forma Festiwalu. Sam fakt, że w ogóle dotrwał od 1966 roku do dziś jest niewątpliwie sukcesem jego organizatorów czyli Wojewódzkiego Ośrodka Kultury w Lublinie. Ostatnie kilkanaście lat to jednak czas ogromnych zmian społeczno-kulturowych, z których dynamizmu może jeszcze nie do końca sobie zdajemy sprawę jako ich świadkowie. Z jednej strony mamy do czynienia z renesansem konsumenckiej mody na mniej lub bardziej stylizowany folklor, którego funkcją główną jest dostarczanie rozrywki. Można w pewnym uproszczeniu powiedzieć, że jest to jeden z elementów oferty agroturystycznej. Odradzają się zespoły pieśni i tańca. Dziewczyny z miasta noszą kolczyki z wycinankami łowickimi. Z drugiej zaś strony dojrzało w międzyczasie, głównie w miastach, wcale niemałe środowisko, dla którego dawna (zwłaszcza ta „archaiczna”) nuta w muzyce instrumentalnej i śpiewie oraz taniec stanowią wartość samą w sobie. Wartość artystyczną, która lokując się w ponadczasowej przestrzeni dzieł ma swój aktualny wymiar, składa się na współczesną wrażliwość i jest jednym z dzisiejszych środków ekspresji tak samo jak muzyka średniowiecza czy baroku zaadaptowane do obecnych czasów razem z całym kompletem współczesnych im kanonów, zasad, wartości. Wiejscy mistrzowie bardzo rzadko dochowują się uczniów w swojej rodzinie czy najbliższym otoczeniu, są to wyjątki od reguły (oczywiście pomijam tutaj niektóre regiony Polski, gdzie tradycje lokalnego przekazu są wciąż żywe). Nawet konkurs „Duży-Mały” w ramach Festiwalu kazimierskiego, choć bardzo pożyteczny, zdaje się jednak tę regułę potwierdzać. Większy rezonans mają inicjatywy niezależne od zinstytucjonalizowanego obiegu kultury (a trzeba pamiętać, że wyrazem tegoż jest wciąż i dziś, tak samo jak za PRLu, Festiwal w Kazimierzu). Dzięki jednej z takich inicjatyw, a dokładnie olsztyńskiemu Podróżniczemu Kolektywowi Skrzypcowemu, znakomity skrzypek Jan Gaca z Przystałowic na Radomszczyznie dochował się kilkunastu uczniów, zresztą z różnych części Polski, a nawet jednego z USA. Dlaczego młodzi ludzie są uczestnikami rozmaitych niezależnych latających warsztatów, przyjeżdżają na Tabory Domu Tańca, a nie widać ich w Kazimierzu? Czy nie dlatego, że wszystkie te niezależne działania wypływają z innego podejścia do tzw. kultury ludowej, innego paradygmatu? Jego istotą jest osobiste spotkanie z artystą, wiejskim muzykantem czy śpiewaczką, poznanie kontekstu jego sztuki oraz współuczestnictwo, innymi słowy kultura czynna. Taka droga jest inspirującym doświadczeniem, okazuje się też dobra do nauki muzyki tradycyjnej, określonego repertuaru, stylu, gry na „dawnej” harmonii trzyrzędowej, czy na zwyczajnych skrzypcach, ale techniką ludową, śpiewu białym głosem itp. – przecież tego typu możliwości nie ma w naszym systemie edukacji. Dominantą kazimierskiego festiwalu (podobnie jak wielu innych, a jest ich coraz więcej) jest zaś formuła sceniczna, konkursowa i, chcąc nie chcąc, konsumencka. Czy „flagowy” festiwal kultury tradycyjnej w Polsce może sprostać nowym czasom i nowym potrzebom, będąc ograniczony taką formułą?
Remigiusz Mazur-Hanaj, juror Festiwalu